niedziela, 1 lutego 2015

Oddaj mi cząstkę siebie... (III)

W surrealistycznym świecie
Abstrakcyjnej miłości
Zapomnianego zaufania...


- Nie wierć się – szepnęłam w stronę niebieskiego worka. Worek chodził. Z worka wystawały nogi. Byliśmy przed wejściem do naszego domu. Tak, teraz już naszego. Przynajmniej przez najbliższy czas. Ten dom należał do nas wszystkich.
     Nie wydawało mi się nawet, że tak łatwo pójdzie. W
ystarczyło po prostu okazać trochę serca i dać nierobowi jabłko z niespodzianką. Metoda na Śnieżkę działała bez zarzutów. Później proponujemy pomoc, czekamy aż narkotyk zacznie działać, prowadzimy w stronę domu i zarzucamy worek na głowę. Proste i praktyczne, nie wiąże się z uszczerbkiem na reputacji, a nowo zawarta znajomość jest dla obu stron bardzo przyjemna.
     Musiałam w końcu się zrelaksować, to byłoby katorgą, gdybym tego nie zrobiła. Fakt, że właśnie poproszono mnie o pomoc w poszukiwaniu samej siebie. Na Boga, ależ idiotycznie to brzmiało. „Na Boga” też brzmiało idiotycznie. Zaprowadziłam piszcząco–jęczący worek z radosnym pijaczyną do środka. Jaka szkoda, że nikt po nim nie zapłacze. Serduszko się kra…
     Serce się kraje. 
     Brzmiało wręcz bajecznie. Jednak najpierw może inne części?
     Zerwałam niebieską folię z mojego nowego znajomego. Miał dziwnie rozbiegane oczy. Skutki uboczne narkotyku? Nie powinny być już dla niego problemem. Westchnęłam przeciągle, gdy zauważyłam jak z dziecinnie wywalonym wręcz jęzorem biegnie uwalić się na kanapie. Mojej ukochanej, czerwonej kanapie… Nie bez powodu czerwonej, ale to szczegół. Nikt przecież nie musiał wiedzieć. Płyn nigdy nie dopierał wszystkiego, a na czarnym pozostawały ciemniejsze plamy. Z tego ciemnego odcienia czerwieni wszystko schodziło łatwo. Zamknęłam drzwi za tym idiotą. Musi przejść mu działanie narkotyku, inaczej nic nie będzie tak przyjemne. Po chwili zaczął jednak irytować mnie jego histeryczny śmiech. Wzięłam kajdanki i łańcuch, skułam bezustannie śmiejącego się mężczyznę. Nie ruszyło go to w najmniejszym stopniu. Cóż poradzę na jego głupotę? Wróciłam do kuchni po jeden z cięższych garnków i delikatnie połaskotałam metalem jego czaszkę… No dobrze, nie delikatnie ani nie połaskotałam. Dźwięk jaki wydobył się z naczynia i z głowy faceta można było porównać do głuchego pieprznięcia kawałkiem blachy o drewno. W efekcie struny głosowe delikwenta przestały drgać, co przyprawiło mnie o głośne westchnienie ulgi. Ludzie to zlepek wydarzeń, człowiek to historia. A każdą historie kiedyś powinno się zakończyć. W końcu pisarz kończy dzieło, pomijając proces wydawniczy, i odstawia na półkę. W gruncie rzeczy też tak robię. Tyle że nie oto tu chodzi. Historie piszą sobie sami. Ja tylko ją zamykam. A czytając nudne tomiszcze, zwykle najchętniej bym je zamknęła. Oni robią to nieumiejętnie. Przecież mówiłam, że tylko pomagam.    
     Zostawiłam leżącego degenerata w pokoju. Działanie tabletki musi ustąpić, nie przestałby się cieszyć. Śmiech równa się radości, chociażby pozornej, maniakalnej. Ale dziś mało kto lubi szczęśliwe zakończenia.
     „Kto nie zaznał goryczy na ziemi, nie zazna słodyczy w niebie”
      Piękny cytat, jaka szkoda, że karmiony beznogą nadzieją.
Skierowałam siebie i swoje myśli wprost do pokoju z korbami. Piwnica, magazyn kolekcjonerski i pokoik obok. Wyłożony białymi płytkami, pedantycznie czysty. Dawno go nie używałam. Po naciśnięciu włącznika światła, cztery jarzeniówki rozbłysły rażącym źrenice blaskiem. Po środku pokoiku stało szpitalne łoże, na ścianach umieszczone były obracające się haki, które wprawiała w ruch jedna korba. Chodziło tu mniej więcej o to by stawy zawiasowe człowieka stały się obrotowymi. Coś na wzór pralki do ludzi. Tyle że zasada działania trochę się różniła. Do bębnów za warstwą blachy przytwierdzone były haczyki do kajdanek. Kajdany również były nietypowe.  Zamiast łańcucha miały długi pręt, a samymi obręczami nie dało się swobodnie poruszać. To wszystko nie wyglądało podejrzanie dla człowieka odurzonego końską porcją mieszanki narkotyków. Jak tylko się ocknie, zaprowadzę go na „zabieg”. Ucieszy się. Nie będzie się już śmiał, ale po takich proszkach ludziom wszystko łatwo wmówić. Taki paczkowany Alzheimer.
      Decyzja zapadła, dzisiaj brudzimy tylko to pomieszczenie.
      Jakieś pół godziny później głuchy rumor rozerwał kurtynę ciszy panującą w piwnicy. Wcześniej nie zdarzyło się, by tracili stabilność.
- Uważaj, Phil, nabijesz sobie siniaków… - ostrzegłam go. Nabije sobie siniaków i jak wtedy będzie wyglądał w słoiku? Siniaki nie są reprezentacyjną ozdobą.
- Bóg lasu woła mnie do kibla – otrzymałam w odpowiedzi. Parsknęłam zduszonym śmiechem na dźwięk głupoty zawartej w tym zdaniu.
- Połóż się na łóżeczku, zamknij oczy i się zrelaksuj. – mruknęłam kiedy weszliśmy do „SPA”. Posłuszny, zrobił wszystko dokładnie tak jak powiedziałam. W nagrodę trafiłam cegłą precyzyjnie w jego potylicę. Zajęłam się przygotowaniem łańcuchów i przykuwaniem go do miło wyglądającego łóżka. Wyglądało trochę jak grill, kiedy nie miało materaca. Nie miało materaca, bo wsiąkałaby w niego krew. I nic nie stało na przeszkodzie, by nieco ocieplić atmosferę. Cały proces przypinania Phila do aparatury nieco zajął. W końcu celem było to, by działać wszystkim naprzeciw, rebelia przeciw naturze, która prócz stawów obrotowych dała zawiasowe. Należy to zmienić. Wszystko. Dlatego śródręcze obydwu dłoni umieściłam w niewielkich imadłach, co by się chłopaczyna nie sprzeciwiał. Ostatek czasu wykorzystałam na podsypanie węglem łóżka i obłożenie wszystkiego kamieniami. Ostatek, bo po tym, jak skończyłam, obudził się. Wyglądał trochę jak na kacu. Och, zaraz mu przejdzie. Domowe sposoby czynią cuda.
- Dzień dobry. – powitałam go uśmiechem. Bez reakcji. Zaczął się szarpać i wyrywać, z jakiegoś powodu bezskutecznie. Nikt mu przecież nie zabraniał powiedzieć, że chce iść, żeby go wypuścić. Nikt nie zabronił poprosić. Wepchnęłam mu więc knebel w usta. Nie byłam w nastroju do słuchania nader głośnych krzyków. Przysunęłam sobie krzesło do jednej z dłoni Phila. Do deski, na której trzymało się imadło, przypięłam mniejsze imadełko, które było podstawą „cytrynki”. „Cytrynka” służyła bowiem do wykręcania twarzy w najrozmaitsze grymasy. Nikt przecież nie lubi, gdy jego palce zaczynają się obracać w każdą stronę jednocześnie. Urządzenie zaciskało się przed najczęściej używanym stawem palca dając pełną swobodę ruchów chrząstce drugiej kości. Uwięzionej pod kątem w tunelu. I wtedy największy człon cytrynki przekręcało się kilkukrotnie. Palec po palcu.
     Zamocowałam urządzenie i wykonałam pierwszy ruch. Phil wydał z siebie zduszony ryk. Zadziałało. Na moją twarz wstąpił delikatny uśmiech. Następny palec. Następny palec rozerwał się. Następny palec rozerwał się, sprawiając, że z „cytrynka” stała się realistycznie soczystym owocem. A mój nowy przyjaciel z pewnością nie stałby się laureatem orderu uśmiechu, co dało mi pewność, że „cytrynka” jest wystarczająco kwaśna. Każdy kolejny palec przechodził to samo. Za każdy razem nowy dźwięk z ust Phila pieścił moje uszy.
      Przyszedł czas na większe stawy. Należało pokręcić korbą w rogu pokoju. Biedny, wyje nie wiedząc, że powinien oszczędzać siły. Z trudem popchnęłam druciane koło. W efekcie każdy hak przemieścił się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Mężczyzna zawył, prawdopodobnie przez samą świadomość, co go czeka. Dało mi to motywację do działania. Przekręciłam korbę i usłyszałam piękny dźwięk rozrywanych więzadeł i ścięgien. Odwróciłam się i ujrzałam nienaturalnie powyginanego… Człowieka. W tym momencie przestał nim być. Obróciłam korbę jeszcze kilka razy. Za każdym razem ryczał głośniej. Uwolniłam jego kończyny z łańcuchów, a te opadły luźno, prostopadle do łóżka. Spojrzał się na mnie nienawistnie. Odpowiedziałam uśmiechem. Mama zawsze mówiła, żeby być miłym dla ludzi. Sięgnęłam słoik z kwasem solnym. Jednak chwila zastanowienia nakazała mi nieco poczekać. Wróciłam do regału po wiertarkę. W kulce knebla wywierciłam dziurę na wylot, raniąc przy tym chyba język. Wrzasnął głośno, co utwierdziło mnie w moim przekonaniu. Do jamy ustnej wlałam mu kilka kropli… Łyżek… Szklanek kwasu mrówkowego. Niestety nie mógł wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Zapaliłam zapałkę i rzuciłam ją w stronę łóżka. Wpadła idealnie w największe jeziorko benzyny. Węgiel zapłonął ognistymi językami. Zostawiając dzieło za sobą, zatrzasnęłam drzwi. I tak nie nadawał się do kolekcji.
      Przecież nabił sobie siniaki.
_______________


Dzisiaj krócej, ze względu na ostatnie wydarzenia. Kiedy pisząc o śmierci stykasz się z nią w prawdziwym życiu, nigdy nie jest miło.



 Aha... Komentarz motywuje ^^


sobota, 10 stycznia 2015

Oddaj mi cząstkę siebie... (II)

Kąpiąc się w obłokach pozornie przesądzonego jutra
Nie spuszczaj z wodzy swojej tożsamości
Ona ma własną wolę...




- I po jaką cholerę ci to było!? – wrzeszczał Carl. Siedziałam na fotelu w jego gabinecie. Był jedyną osobą, która wiedziała o  mojej pasji, a nawet widział moją kolekcję. Nie mam pojęcia, dlaczego wtedy prawie zemdlał… Przecież dwanaście głów to wcale nie tak dużo.
- Już wystarczająco sobie nagrabiłaś. Wprawdzie osoby, które zabijasz to bezdomni albo inni degeneraci, ale skończ z tym! To może skończyć się źle.
- Życie zawsze kończy się źle.
Westchnął tylko. Powinien przywyknąć. Był moim prywatnym, zresztą naprawdę kiepskim psychiatrą. Musiałam mieć lekarza dzięki decyzji wydanej przez rząd, po tym jak gdy byłam w wieku ośmiu lat znaleźli w moim pokoju wypatroszonego kota. Moim zdaniem nie mieli się czym przejmować. Ja tylko robię porządki.
Carl usiadł z drugiej strony biurka.
- Zrozum… – zaczął. – Nadajesz bezdomnym dziwne imiona, po czym zabijasz ich przez kilka tygodni dręcząc.
- A ty ich uwalniasz i muszę łapać nowych…
- Nie musisz, cholera! – uderzył pięścią w stół. Uśmiechnęłam się.
- Wiesz coś o tym? Sam masz pasję, umiałbyś z nią skończyć?
- Ale to jest cho…
- Nie odpowiedziałeś. – przerwałam spokojnie, ale tonem, który nie tolerował sprzeciwu.
- To chore!
- Nadal nie słyszałam odpowiedzi.
- Lecz się. – puknął się w czoło.
- Chciałam zauważyć, że się leczę, jednak u niezwykle kiepskiego lekarza. I nie z własnej woli. Do zobaczenia. – warknęłam na odchodne. Miałam tę przewagę, że on się mnie bał. Tyle, że ja nie umiałabym tknąć tego człowieka. Miał w sobie coś, czego wolałam nie ruszać.
   Usiadłam na ogrodzeniu i zaczęłam machać nogami kopiąc od czasu do czasu jedną z rurek rzeczonego ogrodzenia. Zauważyłam jak Mój Szacowny Pan Psychiatra biegnie do samochodu omal nie spotykając się z asfaltem.  Nie zaszczycił mnie nawet spojrzeniem. Uśmiechnęłam się pod nosem. Czy on naprawdę nie wie, że gdy przebiegnie, to nie staje się niezauważalnym, a wręcz przeciwnie? Wtedy inni idioci gapią się i pytają, który idiota się tak zachowuje, ewentualnie kręcą nosem wzdychając „Pali się?”. Wsiadł… No dobrze, dosłownie wrzucił… się do samochodu. Szkoda, że i tak nietrudno było domyślić się, że celem jego niekrótkiej, aczkolwiek niezwykle szaleńczej podróży jest niezbyt czysta dzielnica. Nie cieszy się ona dobrą opinią ze względu na to, że mniej więcej na każdym rogu znajdują się kluby wszelkiej maści. Warto zauważyć, że Carl gustował raczej w klubach dla gości o orientacji homoseksualnej. Nie mówił o tym wprost, ale czego to się w człowieku nie wyczuje… Poczułam się jak hipokrytka, gdy dotarło do mnie w jaki sposób zaczęłam myśleć o tamtej dzielnicy. W zasadzie to opinia naszej także nie była zbyt dobra… Słynęła z tajemniczych i „niezwykle profesjonalnie przeprowadzonych” aktów bestialstwa na bezdomnych. Och, bo się zarumienię. Plus oczywiście wykwalifikowanego sztabu śledczego. Moim zdaniem byli albo przygłupi z umiejętnościami śledczymi równymi terierowi, którego słodziutka pancia poprosiła o przyniesienie zabawki spod telewizora, albo faktycznie nikogo nie interesował problem ginących z dnia na dzień pijaczków, jakichś bezdomnych kobiet… Fakt, że na drugi dzień ludzie wpadali na worek mięsa w środku lasu, ale nic nie mogłam na to poradzić.
   Nie wszystkiemu można zaradzić.
   Nie wszystkiemu trzeba zaradzić.
   Dalsze obserwacje otoczenia z perspektywy barierki nie miały sensu. Leniwie osunęłam się stawiając stopy na twardej płycie chodnikowej. Przypadkowo zauważyłam, że za paznokciami mam jeszcze trochę zaschniętej krwi. Przydałby się mały zabieg u kosmetyczki, ale co jej powiem? „Witam, chciałabym poprosić o pełny manicure… Skąd ta krew? A wie pani, zawsze tak jest jak się z kimś bawię…”. Zaśmiałam się pod nosem. Na taki komunikat kosmetyczka pewnie także zaczęłaby się śmiać… Pomyślałaby, że mam wyjątkowo mroczne poczucie humoru i traktowała z rezerwą. I niczego by się nie domyśliła. Ostatnio czułam się wyjątkowo rozbawiona, gdy śledczy siedząc w moim domu, popijając herbatkę wypytywał mnie o to, czy nie znam więcej szczegółów odnośnie ostatniej zbrodni. Wybornie się bawiłam wciskając mu te wszystkie kłamstwa. Kłamstwa właściwie z dobrego serca. Będąc przy „zdrowych” zmysłach pewnie zszedłby na zawał. Warto wspomnieć, że i tak przed podaniem herbaty zastanawiałam się czy mu ją posłodzić, czy osłodzić sobie ten wieczór patrząc na przesympatyczną śmierć detektywa spowodowaną niewielką szczyptą cyjanku. Zrezygnowałam jednak, bo mogło to przykuć uwagę. A tego byśmy nie chcieli.
   Weszłam do niewielkiego lasku znajdującego się przed moim domem. Liście wesoło połyskiwały w słońcu kołysane finezyjnymi wręcz powiewami lipcowego powietrza. Jasna kora brzóz ładnie komponowała się ze szmaragdową zielenią mchów. Było ciepło i przyjemnie. Dla żywych.
   Bowiem martwym temperatura nie służyła.
    Mięso psuje się szybko.

   Po przybyciu do domu rzuciłam się na łóżko. Brakowało mi jej dźwięków, tego rozkosznego charczenia. Chizuru była chyba ze mną najdłużej. Jednak niewiele odróżniało ją od świątecznego karpia. Przecież do nich ludzie też się przyzwyczajają, a mimo to odcinają im później głowy, czyż nie? Niczego nie żałowałam. Jednak poczułam, że czas zapolować…
   Rozmyślania przerwał mi dźwięk komórki błagającej o odebranie. Nieznany numer.
- Witam, panno Hilton. – rozległo się w słuchawce. Czyżbym o czymś nie wiedziała?
- Milton – sprostowałam. – Dzień dobry, mogę w czymś pomóc?
- W tej sprawię dzwonię. Andrew Worrs, wydział śledczy – Ach, jeden z półmózgów… - Czujemy, że pani może nam pomóc. Jeśli pani pozwoli, to w przeciągu kilku minut zjawię się w pani domu. – powiedział nie spuszczając z oficjalnego tonu.
- Zapraszam, wolę wiedzieć o co chodzi. – odpowiedziałam rozłączając się. Ogarnęłam trochę w domu i zamalowałam pozostałości posoki na paznokciach czarnym lakierem. Faktycznie, chwilę później na zewnątrz rozległ się donośny dźwięk. Worrs… Brzmi znajomo… Czyżby to ten, którego miałam ochotę poczęstować przysmakiem z gatunku… Powiedzmy, że jednorazowego użytku…
   Uprzedzając pukanie otworzyłam drzwi wpuszczając go do środka. Zaprosiłam mężczyznę grzecznie do środka rozpoznając półgłówka, który żył tylko dzięki mojej litości. Przywitał się kulturalnie, a ja zaprowadziłam go do jadalnianego stołu. Usiedliśmy.
- A więc?
- A więc sytuacja wygląda… Niecodziennie. Słyszeliśmy, że niegdyś korzystała pani z pomocy psychologa. Powiedział nam on, że ma pani niezwykłą intuicję, jeśli chodzi o ludzkie postępowanie. Nie zechciałaby pani uczestniczyć w przesłuchiwaniu… Hmm, świadków, jeżeli można ich tak nazwać? Oczywiście w sprawie ostatnich zaginięć. – powiedział z miną, która zdradzała to, że usiłował mnie zachęcić. Mam stwierdzać czy ktoś kłamie, czy nie? W sprawie zaginięć, za które odpowiadałam? Myślałam, że są mądrzejsi. Poza tym… Myślę, że mnie i Carla czeka dosyć brutalna rozmowa polegająca na niezbyt delikatnym wygarnięciu mu, gdzie jest jego miejsce i że w moje sprawy nie powinien ingerować. Z drugiej strony - przynajmniej będzie zabawnie.
- Niech się pani nie dziwi, że panią prosimy. Ma pani chyba najczystsze karty w całej okolicy, w dodatku rzekome zdolności… - i największą umiejętność trzymania języka za zębami. Biedny człowiek…
-  Przemyślę sprawę i zadzwonię do pana wkrótce. Póki co, mam umówione spotkanie. Dziękuję.
- Do widzenia, również dziękuję. – skłonił się, wyszedł i odjechał. Szkoda, że nie został na herbacie.
   Uśmiechnęłam się pod nosem. Wybrałam numer Carla. Kilka irytujących sygnałów i już słyszałam to idiotyczne…
- Halo?
- Kiepskie poczucie humoru. – powiedziałam sarkastycznie.
- O co ci chodzi? – odpowiedział nieco zbity z tropu.
- Już do mnie przylecieli. Po cholerę im opowiadałeś?
- Komu?
- Nie udawaj.
- Nie mógłbym, skoro nie wiem o co chodzi. – z jego tonu podczas dalszej rozmowy wywnioskowałam, że faktycznie nie wie nic o żadnych innych wydarzeniach związanych pośrednio, czy bezpośrednio ze mną z ostatnich kilku dni niż te o których udało nam się porozmawiać.
   A więc kto wiedział cokolwiek o mnie? Dowiem się. Wtedy istnieją jednak tylko dwie opcje. Tak, były to kłamstwa. Ale całkiem umiejętne, nie mające prawa bytu bez minimalnej wiedzy o kimś. Zresztą kto wcisnąłby kit o tajemniczych zdolnościach policjantowi? Nie próbowaliby. To wszystko było podejrzane…
   Chwilę później „wkrótce” nadeszło.
    - Wchodzę w to – powiedziałam do słuchawki, ku uciesze Worrsa.

Oddaj mi cząstkę siebie... (I)


Zagubiony w mroku jasności
Zabijany życiem
Płomienny chłód
Widok to tylko złudzenie
Przecież chowamy to co cenne

Często ginie w ukryciu...




- Niedługo przyjdę – obiecałam mojej kreaturce. Jak powiedziałam, tak też zrobiłam. Jako, że reakcją na obietnicę był przecudownie stłumiony kneblem jęk, postanowiłam, że chcę usłyszeć go jeszcze raz.
- Chizuru, skarbie... – szepnęłam chwytając stworzonko za podbródek. - Karmienie po zabawie, pamiętaj. - dodałam składając delikatny pocałunek na czole czegoś, co kiedyś było człowiekiem. Znudziła mi się, czas ją wymienić. Jej dźwięki znałam już na pamięć. Wstałam i podeszłam do komody po klucze od kajdanek. Uwolniłam dziewczynę. Powinna się wybiegać, jednak nie była chętna. Cóż... Westchnęłam. Kilka książek spadło na podłogę, po tym jak Chizuru szarpnęła łańcuchem.
- Nie rób bałaganu, kochanie. Wiesz, że pani lubi porządek.
Podeszłam do niej. Na szarpnięcie za włosy zareagowała wysokim wrzaskiem. Jak zwykle... Nuda. Kopnęłam ją w żebra. Usłyszałam piękny trzask łamanej kości. Rozbudziłam się. Pędem podbiegłam do szafki w poszukiwaniu skalpela. Gdy znalazłam narzędzie, powróciłam do mojego potworka.
- Wybacz, skarbeńku, naprawię to. – bąknęłam. Uderzeniem w głowę powaliłam ją na ziemie. Była już taka słaba...

Metal wędrował po jej skórze rozcinając rytmicznie unoszącą się klatkę piersiową. Zdławione jęki wydobywały się z tej ślicznej buźki. Zdecydowanym ruchem rozcięłam knebel.
- Głośniej, misiu, krzycz, póki możesz... – podniosłam się rzucając tęskne spojrzenie krwi rozpływającej się z ciętych ran na bezwładnym ciele Chizuru. Podchodząc do radia trąciłam je delikatnie. To wystarczyło, by po pokoju rozeszły się delikatne dźwięki gitary. Pięknie komponowały się z wrzaskami mojej zabaweczki.

„Hello, my dear...
Kill me gently...”

Wróciłam do niej. Posłała mi nienawistne spojrzenie.
- Zrób to szybko, po cholerę się pieprzyć! Zabij mnie! No już! – wrzeszczała. O, jakaż niecierpliwa dusza! Jeszcze przez chwilę delektowałam się widokiem ciemnoczerwonej krwi sączącej się z nacięć na jej delikatnej skórze. Chwyciłam skalpel ponownie w moje blade dłonie. Kolejne nacięcia przyozdobiły jej ciało dodając uroku i bez tego pięknej dziewczynie. Usiłowała chyba powiedzieć, jak mnie nienawidzi. Czy to nie słodkie?

„Die for me...”

Och, tak. Gdy uznałam, że już wystarczy powierzchownych ozdób, odrzuciłam metalowe narzędzie za plecy. Z szuflady w komodzie, do której przymocowałam łańcuch wyjęłam skrzynkę. Chrzęst zamka tej kłódki to jeden z moich ulubionych dźwięków. Dziewczyna zemdlała.
Szybko podałam jej sól trzeźwiącą.
- Nie strasz mnie. Martwiłam się. – posłałam jej czuły uśmiech.
- Przechodzimy do masażu - zakomunikowałam. Nie byłoby dobrze, gdyby go przegapiła. Nie czekając na pozwolenie, zatopiłam dłonie w jamie brzusznej dziewczyny. Odpowiedział mi zdławiony ryk. Po jej twarzy spływały słone strugi zmieszane z krwią. Wyjęłam z dziewczyny jedną dłoń i zebrałam nieco ulubionej mieszanki skapującej z jej rzęs.
- Cśii – uciszyłam ją czule, oblizując palec. Smak słonawo-metalicznej cieczy rozszedł się po moich ustach pieszcząc delikatnie kubki smakowe. Umotywowana, ponownie zagłębiłam dłonie w jej wnętrzu. Naciskałam na mięśnie, których włókna prawie rozstępowały się pod moimi szczupłymi palcami. Masowałam te pulsujące ścięgna naciskając na nie delikatnie. Och tak, to było to. Następna piosenka rozpoczęła się na dobre.

„In the maze without an end...”

Tak, cierpienie jest labiryntem. Ale masaż działał kojąco. Dziewczę zmrużyło oczy, niby to mdlejąc, niby pozostając świadomą.

„Why do you still breathe...”

- Chi, dlaczego wciąż oddychasz? – zapytałam, nie oczekując odpowiedzi. Było nią ciche westchnienie. A raczej sapnięcie. Lekkie nacięcie krtani robiło swoje. Była wytrwała, bez wątpienia. Otworzyłam wieko skrzynki, by wyciągnąć z niej ulubiony sztylet. Był tam, gdzie zwykle.
- Moje maleństwo... – szepnęłam.
Po chwili ostrze zagłębiło się w tkance mięśniowej Chizuru. Udało mi się dotrzeć dłonią pod żebra i wykonać ratujący życie masaż serca. Nie zadziałał. Po raz kolejny. Właściwie, to nigdy nie działał.
- Ups... Wybacz, pomyłka. – zachichotałam. Nie usłyszała

Każdy przecież w końcu odejdzie, na każdego przyjdzie czas. Po co więc przedłużać tę agonię, jaką jest życie? Obserwując szkarłatną ciecz, która przyozdabiała moją skórę odczuwałam ekscytację. Jedni zbierają motyle, drudzy serca i nikogo nie powinno to dziwić. Każdy z nas odchodzi w cierpieniu, długą, powolną śmiercią. Życie jest jedyną rzeczą, która nas zabija.
Otworzyłam klapę w podłodze wciągając do niej ciało. Spadło na dół, o czym świadczyło głuche łupnięcie. Po drabinie osunęłam się na dół. Teraz należało zająć się tym i owym… Za włosy pociągnęłam trupa na stół. Uderzył mnie zapach zgnilizny. Czyżbym zapomniała posprzątać po ostatnim razie? Kopnęłam lampę, która w efekcie eksplodowała zimnym światłem na ponacinane zwłoki. Aparatura stomatologiczna i chirurgiczna wręcz uśmiechała się do mnie promieniami odbitego światła lampy. Sięgnęłam po małe wiertło. Chciałam się jeszcze pobawić, jednak przypomniałam sobie, że należałoby przygotować słoiki. Och, jakaż ja roztrzepana…
Przywiozłam cały wózek tego szklanego cholerstwa. W tym czasie przeszła mi zupełnie ochota na zabawę. Odrzuciłam na bok wiertło dentystyczne, które z głośnym hukiem pociągnęło za sobą resztę urządzeń. Słoiki były poustawiane w kolejności co do wielkości. Chwyciłam jakiś nożyk i zabrałam się za rozcinanie powieki dziewczyny. Należało uważać, by nie uszkodzić jakże delikatnej powierzchni oka. Szkoda by było takich ładnych, błękitnych tęczówek. Takich jeszcze nie posiadam w swojej kolekcji. Ostrze narzędzia znaczyło krwawy jeszcze ślad za sobą. Nie mogłam pozwolić, by wszystko trwało zbyt długo. Krew spłynęłaby na tył ciała i do niczego by się już nie nadawała. Jednym ruchem ręki zerwałam górną powiekę odsłaniając tęczówkę. Zalaną nieco krwią, ale formalina spłucze ślad. Łyżeczką wydłubałam delikatnie narząd z oczodołu, by go nie uszkodzić. Po chwili wylądował w słoiku. Nerw wzrokowy przerwał się niezwykle łatwo. To samo czekało drugą powiekę. Kilka minut później oboje oczu spotkało się w swojej szklanej komnacie. Nie było w nich już tej pogardy. Nie mogło być. Zabawne, nieprawdaż?
Zanim przystąpiłam do dalszych czynności, zalałam wszystkie słoiki formaliną. Nic nie mogło się przecież zmarnować. Następne w kolejności było serce. Zanurzyłam dłoń w ciele. Złamane żebro zadrapało lekko wnętrze mojej dłoni. Kropla mojej krwi skapnęła wprost na czterodziałową pompę dawnej Chizuru. Uśmiechnęłam się pod nosem i przystąpiłam do rozcinania tętnic, by organ w końcu mógł należeć do mnie. Piękny dźwięk pękającej warstwy mięśni gładkich rozległ się wokół pieszcząc moje zmysły. Całe ciało było takie młode… Cud, doprawdy. Dawno nie było na moim stole przyjaciela w jej wieku.
W końcu serce było wolne. Znalazło swój nowy domek w jednym ze słoików.
Pieszczotliwie pogłaskałam wątrobę Chizuru. Była wciąż delikatnie ciepła. I taka przyjemna w dotyku… Odcięłam woreczek żółciowy i resztę niepotrzebnych rzeczy wyjmując krwisty kawał mięsa i przykładając go do swojej twarzy. Zaciągnęłam się lekko żelazną wonią. Po chwili mój język zetknął się z elementem układu pokarmowego dziewczyny. Cudowny, metaliczny posmak rozlewał się w moich ustach dając im nieopisaną rozkosz. Powracając do rzeczywistości wrzuciłam wątrobę do kolejnego słoika. Zanurkowała w formalinie, by pozostać tam na długo. Otarłam z twarzy krew i kontynuowałam zadanie. Swoje miejsca w słoikach zyskało większość moich ulubionych narządów jak grasica, nerki, płuca, czy trzustka. Zakręciłam słoiki i odstawiłam je na wózek. Dalsza część drogi jeszcze przed nimi… Powróciłam do mojej ofiary. A może raczej przyjaciółki? Och tak, byłyśmy niesamowicie sobie bliskie. Ta więź między mordercą a ofiarą. Ale przecież ja nie byłam mordercą! Ja byłam tylko... zbawcą. Nagle zawrzała we mnie chęć wypróbowania czegoś nowego. Pędem wręcz dopadłam ssawki do śliny w aparaturze dentystycznym i wsunęłam ją w tętnicę. Uruchomiwszy urządzenie, moje uszy dobiegł przyjemny dźwięk zasysania krwi. Naczynie pomału zapełniało się. Cieszył mnie ten widok. Skierowałam się w stronę szafki i rozpoczęłam nerwowe poszukiwania tarki do warzyw, a od teraz – tarki do skóry. Młode ciało Chizuru zachęcało mnie do eksperymentów, na które niestety nie wpadłam za życia dziewczyny. Po znalezieniu przedmiotu powróciłam do stołu. Przyłożyłam go do jednej z nóg  Chizuru, które były jeszcze w stanie nienaruszonym. Docisnęłam i przesunęłam tarkę po kończynie, zdzierając pierwszą warstwę naskórka. Perfekcyjnie ostra… Za każdym ruchem odchodziła kolejna i kolejna warstwa skóry, potem mięśnia i tak do kości. Moje buty przyozdobiła krwawa papka. Opłaciły się modyfikacje tego jakże trywialnie zbudowanego urządzenia.
Odetchnęłam, przypatrując się mojemu dziełu. Piękno było tu zbędne.
Ciało należy poćwiartować, by zmieściło się w worku.
Oddzieliłam kończyny od reszty, później głowę. Ta zostaje. Wrzuciłam ją do większego słoika, by lepiej wyeksponować jej piękno. Reszta ciała została wrzucona do worka, by później znaleźć swoje miejsce na cmentarzyku za domem. Takie urocze miejsce. Kwiaty tak pięknie tam rosły… Rzuciłam workiem o ścianę. Pociągnęłam wózek ze słoikami do magazynu obok. Chroniły go nie byle jakie, żelazne drzwi. Otworzyłam je na oścież i zaczęłam wnosić eksponaty na poszczególne półki.
Oczy były poukładane kolorystycznie, wszystkie inne organy wielkościowo. Chizuru była mizerną istotką... Cóż, nie wyróżniała się. Ale czy w tym szarym świecie ktokolwiek się wyróżnia?


niedziela, 4 stycznia 2015

Pierwsza litera alfabetu

Witam ciepło! Chociaż... Można by pokusić się o stwierdzenie "witam chłodno" ze względu na panującą aurę...
W grupie zawsze znajdzie się dziwna jednostka. Z dziwnymi fascynacjami, odmieniec. Zwykle kończy się to naznaczeniem przez społeczeństwo. A wtedy odmieniec pragnie jednego.

W świecie pokrwawionych wspomnień nie ma miejsca na herezję
Dziecko ciemnej godziny
  wychodzi na powierzchnię
  udręczone ciemnością wymuszonej izolacji
  łechtane wonią krwi

Pierwszą historią na tym blogu będzie opowieść o odmieńcu.

Odmieniec od zawsze się mścił.


Ale na szczegóły przyjdzie czas. Zapraszam!