W surrealistycznym świecie
Abstrakcyjnej miłości
Zapomnianego zaufania...
- Nie wierć się – szepnęłam w stronę niebieskiego worka. Worek chodził. Z worka wystawały nogi. Byliśmy przed wejściem do naszego domu. Tak, teraz już naszego. Przynajmniej przez najbliższy czas. Ten dom należał do nas wszystkich.
Nie wydawało mi się nawet, że tak łatwo pójdzie. Wystarczyło po prostu okazać trochę serca i dać nierobowi jabłko z niespodzianką. Metoda na Śnieżkę działała bez zarzutów. Później proponujemy pomoc, czekamy aż narkotyk zacznie działać, prowadzimy w stronę domu i zarzucamy worek na głowę. Proste i praktyczne, nie wiąże się z uszczerbkiem na reputacji, a nowo zawarta znajomość jest dla obu stron bardzo przyjemna.
Musiałam w końcu się zrelaksować, to byłoby katorgą, gdybym tego nie zrobiła. Fakt, że właśnie poproszono mnie o pomoc w poszukiwaniu samej siebie. Na Boga, ależ idiotycznie to brzmiało. „Na Boga” też brzmiało idiotycznie. Zaprowadziłam piszcząco–jęczący worek z radosnym pijaczyną do środka. Jaka szkoda, że nikt po nim nie zapłacze. Serduszko się kra…
Serce się kraje.
Brzmiało wręcz bajecznie. Jednak najpierw może inne części?
Zerwałam niebieską folię z mojego nowego znajomego. Miał dziwnie rozbiegane oczy. Skutki uboczne narkotyku? Nie powinny być już dla niego problemem. Westchnęłam przeciągle, gdy zauważyłam jak z dziecinnie wywalonym wręcz jęzorem biegnie uwalić się na kanapie. Mojej ukochanej, czerwonej kanapie… Nie bez powodu czerwonej, ale to szczegół. Nikt przecież nie musiał wiedzieć. Płyn nigdy nie dopierał wszystkiego, a na czarnym pozostawały ciemniejsze plamy. Z tego ciemnego odcienia czerwieni wszystko schodziło łatwo. Zamknęłam drzwi za tym idiotą. Musi przejść mu działanie narkotyku, inaczej nic nie będzie tak przyjemne. Po chwili zaczął jednak irytować mnie jego histeryczny śmiech. Wzięłam kajdanki i łańcuch, skułam bezustannie śmiejącego się mężczyznę. Nie ruszyło go to w najmniejszym stopniu. Cóż poradzę na jego głupotę? Wróciłam do kuchni po jeden z cięższych garnków i delikatnie połaskotałam metalem jego czaszkę… No dobrze, nie delikatnie ani nie połaskotałam. Dźwięk jaki wydobył się z naczynia i z głowy faceta można było porównać do głuchego pieprznięcia kawałkiem blachy o drewno. W efekcie struny głosowe delikwenta przestały drgać, co przyprawiło mnie o głośne westchnienie ulgi. Ludzie to zlepek wydarzeń, człowiek to historia. A każdą historie kiedyś powinno się zakończyć. W końcu pisarz kończy dzieło, pomijając proces wydawniczy, i odstawia na półkę. W gruncie rzeczy też tak robię. Tyle że nie oto tu chodzi. Historie piszą sobie sami. Ja tylko ją zamykam. A czytając nudne tomiszcze, zwykle najchętniej bym je zamknęła. Oni robią to nieumiejętnie. Przecież mówiłam, że tylko pomagam.
Zostawiłam leżącego degenerata w pokoju.
Działanie tabletki musi ustąpić, nie przestałby się cieszyć. Śmiech równa się
radości, chociażby pozornej, maniakalnej. Ale dziś mało kto lubi szczęśliwe
zakończenia. Abstrakcyjnej miłości
Zapomnianego zaufania...
- Nie wierć się – szepnęłam w stronę niebieskiego worka. Worek chodził. Z worka wystawały nogi. Byliśmy przed wejściem do naszego domu. Tak, teraz już naszego. Przynajmniej przez najbliższy czas. Ten dom należał do nas wszystkich.
Nie wydawało mi się nawet, że tak łatwo pójdzie. Wystarczyło po prostu okazać trochę serca i dać nierobowi jabłko z niespodzianką. Metoda na Śnieżkę działała bez zarzutów. Później proponujemy pomoc, czekamy aż narkotyk zacznie działać, prowadzimy w stronę domu i zarzucamy worek na głowę. Proste i praktyczne, nie wiąże się z uszczerbkiem na reputacji, a nowo zawarta znajomość jest dla obu stron bardzo przyjemna.
Musiałam w końcu się zrelaksować, to byłoby katorgą, gdybym tego nie zrobiła. Fakt, że właśnie poproszono mnie o pomoc w poszukiwaniu samej siebie. Na Boga, ależ idiotycznie to brzmiało. „Na Boga” też brzmiało idiotycznie. Zaprowadziłam piszcząco–jęczący worek z radosnym pijaczyną do środka. Jaka szkoda, że nikt po nim nie zapłacze. Serduszko się kra…
Serce się kraje.
Brzmiało wręcz bajecznie. Jednak najpierw może inne części?
Zerwałam niebieską folię z mojego nowego znajomego. Miał dziwnie rozbiegane oczy. Skutki uboczne narkotyku? Nie powinny być już dla niego problemem. Westchnęłam przeciągle, gdy zauważyłam jak z dziecinnie wywalonym wręcz jęzorem biegnie uwalić się na kanapie. Mojej ukochanej, czerwonej kanapie… Nie bez powodu czerwonej, ale to szczegół. Nikt przecież nie musiał wiedzieć. Płyn nigdy nie dopierał wszystkiego, a na czarnym pozostawały ciemniejsze plamy. Z tego ciemnego odcienia czerwieni wszystko schodziło łatwo. Zamknęłam drzwi za tym idiotą. Musi przejść mu działanie narkotyku, inaczej nic nie będzie tak przyjemne. Po chwili zaczął jednak irytować mnie jego histeryczny śmiech. Wzięłam kajdanki i łańcuch, skułam bezustannie śmiejącego się mężczyznę. Nie ruszyło go to w najmniejszym stopniu. Cóż poradzę na jego głupotę? Wróciłam do kuchni po jeden z cięższych garnków i delikatnie połaskotałam metalem jego czaszkę… No dobrze, nie delikatnie ani nie połaskotałam. Dźwięk jaki wydobył się z naczynia i z głowy faceta można było porównać do głuchego pieprznięcia kawałkiem blachy o drewno. W efekcie struny głosowe delikwenta przestały drgać, co przyprawiło mnie o głośne westchnienie ulgi. Ludzie to zlepek wydarzeń, człowiek to historia. A każdą historie kiedyś powinno się zakończyć. W końcu pisarz kończy dzieło, pomijając proces wydawniczy, i odstawia na półkę. W gruncie rzeczy też tak robię. Tyle że nie oto tu chodzi. Historie piszą sobie sami. Ja tylko ją zamykam. A czytając nudne tomiszcze, zwykle najchętniej bym je zamknęła. Oni robią to nieumiejętnie. Przecież mówiłam, że tylko pomagam.
„Kto nie zaznał goryczy na ziemi, nie zazna słodyczy w niebie”
Piękny cytat, jaka szkoda, że karmiony beznogą nadzieją.
Skierowałam siebie i swoje myśli wprost do pokoju z korbami. Piwnica, magazyn kolekcjonerski i pokoik obok. Wyłożony białymi płytkami, pedantycznie czysty. Dawno go nie używałam. Po naciśnięciu włącznika światła, cztery jarzeniówki rozbłysły rażącym źrenice blaskiem. Po środku pokoiku stało szpitalne łoże, na ścianach umieszczone były obracające się haki, które wprawiała w ruch jedna korba. Chodziło tu mniej więcej o to by stawy zawiasowe człowieka stały się obrotowymi. Coś na wzór pralki do ludzi. Tyle że zasada działania trochę się różniła. Do bębnów za warstwą blachy przytwierdzone były haczyki do kajdanek. Kajdany również były nietypowe. Zamiast łańcucha miały długi pręt, a samymi obręczami nie dało się swobodnie poruszać. To wszystko nie wyglądało podejrzanie dla człowieka odurzonego końską porcją mieszanki narkotyków. Jak tylko się ocknie, zaprowadzę go na „zabieg”. Ucieszy się. Nie będzie się już śmiał, ale po takich proszkach ludziom wszystko łatwo wmówić. Taki paczkowany Alzheimer.
Decyzja zapadła, dzisiaj brudzimy tylko to pomieszczenie.
Jakieś pół godziny później głuchy rumor rozerwał kurtynę ciszy panującą w piwnicy. Wcześniej nie zdarzyło się, by tracili stabilność.
- Uważaj, Phil, nabijesz sobie siniaków… - ostrzegłam go. Nabije sobie siniaków i jak wtedy będzie wyglądał w słoiku? Siniaki nie są reprezentacyjną ozdobą.
- Bóg lasu woła mnie do kibla – otrzymałam w odpowiedzi. Parsknęłam zduszonym śmiechem na dźwięk głupoty zawartej w tym zdaniu.
- Połóż się na łóżeczku, zamknij oczy i się zrelaksuj. – mruknęłam kiedy weszliśmy do „SPA”. Posłuszny, zrobił wszystko dokładnie tak jak powiedziałam. W nagrodę trafiłam cegłą precyzyjnie w jego potylicę. Zajęłam się przygotowaniem łańcuchów i przykuwaniem go do miło wyglądającego łóżka. Wyglądało trochę jak grill, kiedy nie miało materaca. Nie miało materaca, bo wsiąkałaby w niego krew. I nic nie stało na przeszkodzie, by nieco ocieplić atmosferę. Cały proces przypinania Phila do aparatury nieco zajął. W końcu celem było to, by działać wszystkim naprzeciw, rebelia przeciw naturze, która prócz stawów obrotowych dała zawiasowe. Należy to zmienić. Wszystko. Dlatego śródręcze obydwu dłoni umieściłam w niewielkich imadłach, co by się chłopaczyna nie sprzeciwiał. Ostatek czasu wykorzystałam na podsypanie węglem łóżka i obłożenie wszystkiego kamieniami. Ostatek, bo po tym, jak skończyłam, obudził się. Wyglądał trochę jak na kacu. Och, zaraz mu przejdzie. Domowe sposoby czynią cuda.
- Dzień dobry. – powitałam go uśmiechem. Bez reakcji. Zaczął się szarpać i wyrywać, z jakiegoś powodu bezskutecznie. Nikt mu przecież nie zabraniał powiedzieć, że chce iść, żeby go wypuścić. Nikt nie zabronił poprosić. Wepchnęłam mu więc knebel w usta. Nie byłam w nastroju do słuchania nader głośnych krzyków. Przysunęłam sobie krzesło do jednej z dłoni Phila. Do deski, na której trzymało się imadło, przypięłam mniejsze imadełko, które było podstawą „cytrynki”. „Cytrynka” służyła bowiem do wykręcania twarzy w najrozmaitsze grymasy. Nikt przecież nie lubi, gdy jego palce zaczynają się obracać w każdą stronę jednocześnie. Urządzenie zaciskało się przed najczęściej używanym stawem palca dając pełną swobodę ruchów chrząstce drugiej kości. Uwięzionej pod kątem w tunelu. I wtedy największy człon cytrynki przekręcało się kilkukrotnie. Palec po palcu.
Zamocowałam urządzenie i wykonałam pierwszy ruch. Phil wydał z siebie zduszony ryk. Zadziałało. Na moją twarz wstąpił delikatny uśmiech. Następny palec. Następny palec rozerwał się. Następny palec rozerwał się, sprawiając, że z „cytrynka” stała się realistycznie soczystym owocem. A mój nowy przyjaciel z pewnością nie stałby się laureatem orderu uśmiechu, co dało mi pewność, że „cytrynka” jest wystarczająco kwaśna. Każdy kolejny palec przechodził to samo. Za każdy razem nowy dźwięk z ust Phila pieścił moje uszy.
Przyszedł czas na większe stawy. Należało pokręcić korbą w rogu pokoju. Biedny, wyje nie wiedząc, że powinien oszczędzać siły. Z trudem popchnęłam druciane koło. W efekcie każdy hak przemieścił się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Mężczyzna zawył, prawdopodobnie przez samą świadomość, co go czeka. Dało mi to motywację do działania. Przekręciłam korbę i usłyszałam piękny dźwięk rozrywanych więzadeł i ścięgien. Odwróciłam się i ujrzałam nienaturalnie powyginanego… Człowieka. W tym momencie przestał nim być. Obróciłam korbę jeszcze kilka razy. Za każdym razem ryczał głośniej. Uwolniłam jego kończyny z łańcuchów, a te opadły luźno, prostopadle do łóżka. Spojrzał się na mnie nienawistnie. Odpowiedziałam uśmiechem. Mama zawsze mówiła, żeby być miłym dla ludzi. Sięgnęłam słoik z kwasem solnym. Jednak chwila zastanowienia nakazała mi nieco poczekać. Wróciłam do regału po wiertarkę. W kulce knebla wywierciłam dziurę na wylot, raniąc przy tym chyba język. Wrzasnął głośno, co utwierdziło mnie w moim przekonaniu. Do jamy ustnej wlałam mu kilka kropli… Łyżek… Szklanek kwasu mrówkowego. Niestety nie mógł wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Zapaliłam zapałkę i rzuciłam ją w stronę łóżka. Wpadła idealnie w największe jeziorko benzyny. Węgiel zapłonął ognistymi językami. Zostawiając dzieło za sobą, zatrzasnęłam drzwi. I tak nie nadawał się do kolekcji.
Przecież nabił sobie siniaki.
_______________
Dzisiaj krócej, ze względu na ostatnie wydarzenia. Kiedy pisząc o śmierci stykasz się z nią w prawdziwym życiu, nigdy nie jest miło.
Aha... Komentarz motywuje ^^