sobota, 10 stycznia 2015

Oddaj mi cząstkę siebie... (II)

Kąpiąc się w obłokach pozornie przesądzonego jutra
Nie spuszczaj z wodzy swojej tożsamości
Ona ma własną wolę...




- I po jaką cholerę ci to było!? – wrzeszczał Carl. Siedziałam na fotelu w jego gabinecie. Był jedyną osobą, która wiedziała o  mojej pasji, a nawet widział moją kolekcję. Nie mam pojęcia, dlaczego wtedy prawie zemdlał… Przecież dwanaście głów to wcale nie tak dużo.
- Już wystarczająco sobie nagrabiłaś. Wprawdzie osoby, które zabijasz to bezdomni albo inni degeneraci, ale skończ z tym! To może skończyć się źle.
- Życie zawsze kończy się źle.
Westchnął tylko. Powinien przywyknąć. Był moim prywatnym, zresztą naprawdę kiepskim psychiatrą. Musiałam mieć lekarza dzięki decyzji wydanej przez rząd, po tym jak gdy byłam w wieku ośmiu lat znaleźli w moim pokoju wypatroszonego kota. Moim zdaniem nie mieli się czym przejmować. Ja tylko robię porządki.
Carl usiadł z drugiej strony biurka.
- Zrozum… – zaczął. – Nadajesz bezdomnym dziwne imiona, po czym zabijasz ich przez kilka tygodni dręcząc.
- A ty ich uwalniasz i muszę łapać nowych…
- Nie musisz, cholera! – uderzył pięścią w stół. Uśmiechnęłam się.
- Wiesz coś o tym? Sam masz pasję, umiałbyś z nią skończyć?
- Ale to jest cho…
- Nie odpowiedziałeś. – przerwałam spokojnie, ale tonem, który nie tolerował sprzeciwu.
- To chore!
- Nadal nie słyszałam odpowiedzi.
- Lecz się. – puknął się w czoło.
- Chciałam zauważyć, że się leczę, jednak u niezwykle kiepskiego lekarza. I nie z własnej woli. Do zobaczenia. – warknęłam na odchodne. Miałam tę przewagę, że on się mnie bał. Tyle, że ja nie umiałabym tknąć tego człowieka. Miał w sobie coś, czego wolałam nie ruszać.
   Usiadłam na ogrodzeniu i zaczęłam machać nogami kopiąc od czasu do czasu jedną z rurek rzeczonego ogrodzenia. Zauważyłam jak Mój Szacowny Pan Psychiatra biegnie do samochodu omal nie spotykając się z asfaltem.  Nie zaszczycił mnie nawet spojrzeniem. Uśmiechnęłam się pod nosem. Czy on naprawdę nie wie, że gdy przebiegnie, to nie staje się niezauważalnym, a wręcz przeciwnie? Wtedy inni idioci gapią się i pytają, który idiota się tak zachowuje, ewentualnie kręcą nosem wzdychając „Pali się?”. Wsiadł… No dobrze, dosłownie wrzucił… się do samochodu. Szkoda, że i tak nietrudno było domyślić się, że celem jego niekrótkiej, aczkolwiek niezwykle szaleńczej podróży jest niezbyt czysta dzielnica. Nie cieszy się ona dobrą opinią ze względu na to, że mniej więcej na każdym rogu znajdują się kluby wszelkiej maści. Warto zauważyć, że Carl gustował raczej w klubach dla gości o orientacji homoseksualnej. Nie mówił o tym wprost, ale czego to się w człowieku nie wyczuje… Poczułam się jak hipokrytka, gdy dotarło do mnie w jaki sposób zaczęłam myśleć o tamtej dzielnicy. W zasadzie to opinia naszej także nie była zbyt dobra… Słynęła z tajemniczych i „niezwykle profesjonalnie przeprowadzonych” aktów bestialstwa na bezdomnych. Och, bo się zarumienię. Plus oczywiście wykwalifikowanego sztabu śledczego. Moim zdaniem byli albo przygłupi z umiejętnościami śledczymi równymi terierowi, którego słodziutka pancia poprosiła o przyniesienie zabawki spod telewizora, albo faktycznie nikogo nie interesował problem ginących z dnia na dzień pijaczków, jakichś bezdomnych kobiet… Fakt, że na drugi dzień ludzie wpadali na worek mięsa w środku lasu, ale nic nie mogłam na to poradzić.
   Nie wszystkiemu można zaradzić.
   Nie wszystkiemu trzeba zaradzić.
   Dalsze obserwacje otoczenia z perspektywy barierki nie miały sensu. Leniwie osunęłam się stawiając stopy na twardej płycie chodnikowej. Przypadkowo zauważyłam, że za paznokciami mam jeszcze trochę zaschniętej krwi. Przydałby się mały zabieg u kosmetyczki, ale co jej powiem? „Witam, chciałabym poprosić o pełny manicure… Skąd ta krew? A wie pani, zawsze tak jest jak się z kimś bawię…”. Zaśmiałam się pod nosem. Na taki komunikat kosmetyczka pewnie także zaczęłaby się śmiać… Pomyślałaby, że mam wyjątkowo mroczne poczucie humoru i traktowała z rezerwą. I niczego by się nie domyśliła. Ostatnio czułam się wyjątkowo rozbawiona, gdy śledczy siedząc w moim domu, popijając herbatkę wypytywał mnie o to, czy nie znam więcej szczegółów odnośnie ostatniej zbrodni. Wybornie się bawiłam wciskając mu te wszystkie kłamstwa. Kłamstwa właściwie z dobrego serca. Będąc przy „zdrowych” zmysłach pewnie zszedłby na zawał. Warto wspomnieć, że i tak przed podaniem herbaty zastanawiałam się czy mu ją posłodzić, czy osłodzić sobie ten wieczór patrząc na przesympatyczną śmierć detektywa spowodowaną niewielką szczyptą cyjanku. Zrezygnowałam jednak, bo mogło to przykuć uwagę. A tego byśmy nie chcieli.
   Weszłam do niewielkiego lasku znajdującego się przed moim domem. Liście wesoło połyskiwały w słońcu kołysane finezyjnymi wręcz powiewami lipcowego powietrza. Jasna kora brzóz ładnie komponowała się ze szmaragdową zielenią mchów. Było ciepło i przyjemnie. Dla żywych.
   Bowiem martwym temperatura nie służyła.
    Mięso psuje się szybko.

   Po przybyciu do domu rzuciłam się na łóżko. Brakowało mi jej dźwięków, tego rozkosznego charczenia. Chizuru była chyba ze mną najdłużej. Jednak niewiele odróżniało ją od świątecznego karpia. Przecież do nich ludzie też się przyzwyczajają, a mimo to odcinają im później głowy, czyż nie? Niczego nie żałowałam. Jednak poczułam, że czas zapolować…
   Rozmyślania przerwał mi dźwięk komórki błagającej o odebranie. Nieznany numer.
- Witam, panno Hilton. – rozległo się w słuchawce. Czyżbym o czymś nie wiedziała?
- Milton – sprostowałam. – Dzień dobry, mogę w czymś pomóc?
- W tej sprawię dzwonię. Andrew Worrs, wydział śledczy – Ach, jeden z półmózgów… - Czujemy, że pani może nam pomóc. Jeśli pani pozwoli, to w przeciągu kilku minut zjawię się w pani domu. – powiedział nie spuszczając z oficjalnego tonu.
- Zapraszam, wolę wiedzieć o co chodzi. – odpowiedziałam rozłączając się. Ogarnęłam trochę w domu i zamalowałam pozostałości posoki na paznokciach czarnym lakierem. Faktycznie, chwilę później na zewnątrz rozległ się donośny dźwięk. Worrs… Brzmi znajomo… Czyżby to ten, którego miałam ochotę poczęstować przysmakiem z gatunku… Powiedzmy, że jednorazowego użytku…
   Uprzedzając pukanie otworzyłam drzwi wpuszczając go do środka. Zaprosiłam mężczyznę grzecznie do środka rozpoznając półgłówka, który żył tylko dzięki mojej litości. Przywitał się kulturalnie, a ja zaprowadziłam go do jadalnianego stołu. Usiedliśmy.
- A więc?
- A więc sytuacja wygląda… Niecodziennie. Słyszeliśmy, że niegdyś korzystała pani z pomocy psychologa. Powiedział nam on, że ma pani niezwykłą intuicję, jeśli chodzi o ludzkie postępowanie. Nie zechciałaby pani uczestniczyć w przesłuchiwaniu… Hmm, świadków, jeżeli można ich tak nazwać? Oczywiście w sprawie ostatnich zaginięć. – powiedział z miną, która zdradzała to, że usiłował mnie zachęcić. Mam stwierdzać czy ktoś kłamie, czy nie? W sprawie zaginięć, za które odpowiadałam? Myślałam, że są mądrzejsi. Poza tym… Myślę, że mnie i Carla czeka dosyć brutalna rozmowa polegająca na niezbyt delikatnym wygarnięciu mu, gdzie jest jego miejsce i że w moje sprawy nie powinien ingerować. Z drugiej strony - przynajmniej będzie zabawnie.
- Niech się pani nie dziwi, że panią prosimy. Ma pani chyba najczystsze karty w całej okolicy, w dodatku rzekome zdolności… - i największą umiejętność trzymania języka za zębami. Biedny człowiek…
-  Przemyślę sprawę i zadzwonię do pana wkrótce. Póki co, mam umówione spotkanie. Dziękuję.
- Do widzenia, również dziękuję. – skłonił się, wyszedł i odjechał. Szkoda, że nie został na herbacie.
   Uśmiechnęłam się pod nosem. Wybrałam numer Carla. Kilka irytujących sygnałów i już słyszałam to idiotyczne…
- Halo?
- Kiepskie poczucie humoru. – powiedziałam sarkastycznie.
- O co ci chodzi? – odpowiedział nieco zbity z tropu.
- Już do mnie przylecieli. Po cholerę im opowiadałeś?
- Komu?
- Nie udawaj.
- Nie mógłbym, skoro nie wiem o co chodzi. – z jego tonu podczas dalszej rozmowy wywnioskowałam, że faktycznie nie wie nic o żadnych innych wydarzeniach związanych pośrednio, czy bezpośrednio ze mną z ostatnich kilku dni niż te o których udało nam się porozmawiać.
   A więc kto wiedział cokolwiek o mnie? Dowiem się. Wtedy istnieją jednak tylko dwie opcje. Tak, były to kłamstwa. Ale całkiem umiejętne, nie mające prawa bytu bez minimalnej wiedzy o kimś. Zresztą kto wcisnąłby kit o tajemniczych zdolnościach policjantowi? Nie próbowaliby. To wszystko było podejrzane…
   Chwilę później „wkrótce” nadeszło.
    - Wchodzę w to – powiedziałam do słuchawki, ku uciesze Worrsa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz