Zagubiony w mroku jasności
Zabijany życiem
Płomienny chłód
Widok to tylko złudzenie
Przecież chowamy to co cenne
Zabijany życiem
Płomienny chłód
Widok to tylko złudzenie
Przecież chowamy to co cenne
Często ginie w ukryciu...
- Niedługo przyjdę – obiecałam mojej kreaturce. Jak powiedziałam, tak też zrobiłam. Jako, że reakcją na obietnicę był przecudownie stłumiony kneblem jęk, postanowiłam, że chcę usłyszeć go jeszcze raz.
- Chizuru, skarbie... – szepnęłam chwytając stworzonko za podbródek. - Karmienie po zabawie, pamiętaj. - dodałam składając delikatny pocałunek na czole czegoś, co kiedyś było człowiekiem. Znudziła mi się, czas ją wymienić. Jej dźwięki znałam już na pamięć. Wstałam i podeszłam do komody po klucze od kajdanek. Uwolniłam dziewczynę. Powinna się wybiegać, jednak nie była chętna. Cóż... Westchnęłam. Kilka książek spadło na podłogę, po tym jak Chizuru szarpnęła łańcuchem.
- Nie rób bałaganu, kochanie. Wiesz, że pani lubi porządek.
Podeszłam do niej. Na szarpnięcie za włosy zareagowała wysokim wrzaskiem. Jak zwykle... Nuda. Kopnęłam ją w żebra. Usłyszałam piękny trzask łamanej kości. Rozbudziłam się. Pędem podbiegłam do szafki w poszukiwaniu skalpela. Gdy znalazłam narzędzie, powróciłam do mojego potworka.
- Wybacz, skarbeńku, naprawię to. – bąknęłam. Uderzeniem w głowę powaliłam ją na ziemie. Była już taka słaba...
Metal wędrował po jej skórze rozcinając rytmicznie unoszącą się klatkę piersiową. Zdławione jęki wydobywały się z tej ślicznej buźki. Zdecydowanym ruchem rozcięłam knebel.
- Głośniej, misiu, krzycz, póki możesz... – podniosłam się rzucając tęskne spojrzenie krwi rozpływającej się z ciętych ran na bezwładnym ciele Chizuru. Podchodząc do radia trąciłam je delikatnie. To wystarczyło, by po pokoju rozeszły się delikatne dźwięki gitary. Pięknie komponowały się z wrzaskami mojej zabaweczki.
„Hello, my dear...
Kill me gently...”
Wróciłam do niej. Posłała mi nienawistne spojrzenie.
- Zrób to szybko, po cholerę się pieprzyć! Zabij mnie! No już! – wrzeszczała. O, jakaż niecierpliwa dusza! Jeszcze przez chwilę delektowałam się widokiem ciemnoczerwonej krwi sączącej się z nacięć na jej delikatnej skórze. Chwyciłam skalpel ponownie w moje blade dłonie. Kolejne nacięcia przyozdobiły jej ciało dodając uroku i bez tego pięknej dziewczynie. Usiłowała chyba powiedzieć, jak mnie nienawidzi. Czy to nie słodkie?
„Die for me...”
Och, tak. Gdy uznałam, że już wystarczy powierzchownych ozdób, odrzuciłam metalowe narzędzie za plecy. Z szuflady w komodzie, do której przymocowałam łańcuch wyjęłam skrzynkę. Chrzęst zamka tej kłódki to jeden z moich ulubionych dźwięków. Dziewczyna zemdlała.
Szybko podałam jej sól trzeźwiącą.
- Nie strasz mnie. Martwiłam się. – posłałam jej czuły uśmiech.
- Przechodzimy do masażu - zakomunikowałam. Nie byłoby dobrze, gdyby go przegapiła. Nie czekając na pozwolenie, zatopiłam dłonie w jamie brzusznej dziewczyny. Odpowiedział mi zdławiony ryk. Po jej twarzy spływały słone strugi zmieszane z krwią. Wyjęłam z dziewczyny jedną dłoń i zebrałam nieco ulubionej mieszanki skapującej z jej rzęs.
- Cśii – uciszyłam ją czule, oblizując palec. Smak słonawo-metalicznej cieczy rozszedł się po moich ustach pieszcząc delikatnie kubki smakowe. Umotywowana, ponownie zagłębiłam dłonie w jej wnętrzu. Naciskałam na mięśnie, których włókna prawie rozstępowały się pod moimi szczupłymi palcami. Masowałam te pulsujące ścięgna naciskając na nie delikatnie. Och tak, to było to. Następna piosenka rozpoczęła się na dobre.
„In the maze without an end...”
Tak, cierpienie jest labiryntem. Ale masaż działał kojąco. Dziewczę zmrużyło oczy, niby to mdlejąc, niby pozostając świadomą.
„Why do you still breathe...”
- Chi, dlaczego wciąż oddychasz? – zapytałam, nie oczekując odpowiedzi. Było nią ciche westchnienie. A raczej sapnięcie. Lekkie nacięcie krtani robiło swoje. Była wytrwała, bez wątpienia. Otworzyłam wieko skrzynki, by wyciągnąć z niej ulubiony sztylet. Był tam, gdzie zwykle.
- Moje maleństwo... – szepnęłam.
Po chwili ostrze zagłębiło się w tkance mięśniowej Chizuru. Udało mi się dotrzeć dłonią pod żebra i wykonać ratujący życie masaż serca. Nie zadziałał. Po raz kolejny. Właściwie, to nigdy nie działał.
- Ups... Wybacz, pomyłka. – zachichotałam. Nie usłyszała
Każdy przecież w końcu odejdzie, na każdego przyjdzie czas. Po co więc przedłużać tę agonię, jaką jest życie? Obserwując szkarłatną ciecz, która przyozdabiała moją skórę odczuwałam ekscytację. Jedni zbierają motyle, drudzy serca i nikogo nie powinno to dziwić. Każdy z nas odchodzi w cierpieniu, długą, powolną śmiercią. Życie jest jedyną rzeczą, która nas zabija.
Otworzyłam klapę w podłodze wciągając do niej ciało. Spadło na dół, o czym świadczyło głuche łupnięcie. Po drabinie osunęłam się na dół. Teraz należało zająć się tym i owym… Za włosy pociągnęłam trupa na stół. Uderzył mnie zapach zgnilizny. Czyżbym zapomniała posprzątać po ostatnim razie? Kopnęłam lampę, która w efekcie eksplodowała zimnym światłem na ponacinane zwłoki. Aparatura stomatologiczna i chirurgiczna wręcz uśmiechała się do mnie promieniami odbitego światła lampy. Sięgnęłam po małe wiertło. Chciałam się jeszcze pobawić, jednak przypomniałam sobie, że należałoby przygotować słoiki. Och, jakaż ja roztrzepana…
Przywiozłam cały wózek tego szklanego cholerstwa. W tym czasie przeszła mi zupełnie ochota na zabawę. Odrzuciłam na bok wiertło dentystyczne, które z głośnym hukiem pociągnęło za sobą resztę urządzeń. Słoiki były poustawiane w kolejności co do wielkości. Chwyciłam jakiś nożyk i zabrałam się za rozcinanie powieki dziewczyny. Należało uważać, by nie uszkodzić jakże delikatnej powierzchni oka. Szkoda by było takich ładnych, błękitnych tęczówek. Takich jeszcze nie posiadam w swojej kolekcji. Ostrze narzędzia znaczyło krwawy jeszcze ślad za sobą. Nie mogłam pozwolić, by wszystko trwało zbyt długo. Krew spłynęłaby na tył ciała i do niczego by się już nie nadawała. Jednym ruchem ręki zerwałam górną powiekę odsłaniając tęczówkę. Zalaną nieco krwią, ale formalina spłucze ślad. Łyżeczką wydłubałam delikatnie narząd z oczodołu, by go nie uszkodzić. Po chwili wylądował w słoiku. Nerw wzrokowy przerwał się niezwykle łatwo. To samo czekało drugą powiekę. Kilka minut później oboje oczu spotkało się w swojej szklanej komnacie. Nie było w nich już tej pogardy. Nie mogło być. Zabawne, nieprawdaż?
Zanim przystąpiłam do dalszych czynności, zalałam wszystkie słoiki formaliną. Nic nie mogło się przecież zmarnować. Następne w kolejności było serce. Zanurzyłam dłoń w ciele. Złamane żebro zadrapało lekko wnętrze mojej dłoni. Kropla mojej krwi skapnęła wprost na czterodziałową pompę dawnej Chizuru. Uśmiechnęłam się pod nosem i przystąpiłam do rozcinania tętnic, by organ w końcu mógł należeć do mnie. Piękny dźwięk pękającej warstwy mięśni gładkich rozległ się wokół pieszcząc moje zmysły. Całe ciało było takie młode… Cud, doprawdy. Dawno nie było na moim stole przyjaciela w jej wieku.
W końcu serce było wolne. Znalazło swój nowy domek w jednym ze słoików.
Pieszczotliwie pogłaskałam wątrobę Chizuru. Była wciąż delikatnie ciepła. I taka przyjemna w dotyku… Odcięłam woreczek żółciowy i resztę niepotrzebnych rzeczy wyjmując krwisty kawał mięsa i przykładając go do swojej twarzy. Zaciągnęłam się lekko żelazną wonią. Po chwili mój język zetknął się z elementem układu pokarmowego dziewczyny. Cudowny, metaliczny posmak rozlewał się w moich ustach dając im nieopisaną rozkosz. Powracając do rzeczywistości wrzuciłam wątrobę do kolejnego słoika. Zanurkowała w formalinie, by pozostać tam na długo. Otarłam z twarzy krew i kontynuowałam zadanie. Swoje miejsca w słoikach zyskało większość moich ulubionych narządów jak grasica, nerki, płuca, czy trzustka. Zakręciłam słoiki i odstawiłam je na wózek. Dalsza część drogi jeszcze przed nimi… Powróciłam do mojej ofiary. A może raczej przyjaciółki? Och tak, byłyśmy niesamowicie sobie bliskie. Ta więź między mordercą a ofiarą. Ale przecież ja nie byłam mordercą! Ja byłam tylko... zbawcą. Nagle zawrzała we mnie chęć wypróbowania czegoś nowego. Pędem wręcz dopadłam ssawki do śliny w aparaturze dentystycznym i wsunęłam ją w tętnicę. Uruchomiwszy urządzenie, moje uszy dobiegł przyjemny dźwięk zasysania krwi. Naczynie pomału zapełniało się. Cieszył mnie ten widok. Skierowałam się w stronę szafki i rozpoczęłam nerwowe poszukiwania tarki do warzyw, a od teraz – tarki do skóry. Młode ciało Chizuru zachęcało mnie do eksperymentów, na które niestety nie wpadłam za życia dziewczyny. Po znalezieniu przedmiotu powróciłam do stołu. Przyłożyłam go do jednej z nóg Chizuru, które były jeszcze w stanie nienaruszonym. Docisnęłam i przesunęłam tarkę po kończynie, zdzierając pierwszą warstwę naskórka. Perfekcyjnie ostra… Za każdym ruchem odchodziła kolejna i kolejna warstwa skóry, potem mięśnia i tak do kości. Moje buty przyozdobiła krwawa papka. Opłaciły się modyfikacje tego jakże trywialnie zbudowanego urządzenia.
Odetchnęłam, przypatrując się mojemu dziełu. Piękno było tu zbędne.
Ciało należy poćwiartować, by zmieściło się w worku.
Oddzieliłam kończyny od reszty, później głowę. Ta zostaje. Wrzuciłam ją do większego słoika, by lepiej wyeksponować jej piękno. Reszta ciała została wrzucona do worka, by później znaleźć swoje miejsce na cmentarzyku za domem. Takie urocze miejsce. Kwiaty tak pięknie tam rosły… Rzuciłam workiem o ścianę. Pociągnęłam wózek ze słoikami do magazynu obok. Chroniły go nie byle jakie, żelazne drzwi. Otworzyłam je na oścież i zaczęłam wnosić eksponaty na poszczególne półki.
Oczy były poukładane kolorystycznie, wszystkie inne organy wielkościowo. Chizuru była mizerną istotką... Cóż, nie wyróżniała się. Ale czy w tym szarym świecie ktokolwiek się wyróżnia?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz