Kąpiąc się w obłokach pozornie przesądzonego jutra
Nie spuszczaj z wodzy swojej tożsamości
Ona ma własną wolę...
- I po jaką cholerę ci to było!? – wrzeszczał
Carl. Siedziałam na fotelu w jego gabinecie. Był jedyną osobą, która wiedziała
o mojej pasji, a nawet widział moją
kolekcję. Nie mam pojęcia, dlaczego wtedy prawie zemdlał… Przecież dwanaście
głów to wcale nie tak dużo.
- Już wystarczająco sobie nagrabiłaś. Wprawdzie osoby, które zabijasz to
bezdomni albo inni degeneraci, ale skończ z tym! To może skończyć się źle.
- Życie zawsze kończy się źle.
Westchnął tylko. Powinien przywyknąć. Był moim prywatnym, zresztą naprawdę
kiepskim psychiatrą. Musiałam mieć lekarza dzięki decyzji wydanej przez rząd,
po tym jak gdy byłam w wieku ośmiu lat znaleźli w moim pokoju wypatroszonego
kota. Moim zdaniem nie mieli się czym przejmować. Ja tylko robię porządki.
Carl usiadł z drugiej strony biurka.
- Zrozum… – zaczął. – Nadajesz bezdomnym dziwne imiona, po czym zabijasz ich
przez kilka tygodni dręcząc.
- A ty ich uwalniasz i muszę łapać nowych…
- Nie musisz, cholera! – uderzył pięścią w stół. Uśmiechnęłam się.
- Wiesz coś o tym? Sam masz pasję, umiałbyś z nią skończyć?
- Ale to jest cho…
- Nie odpowiedziałeś. – przerwałam spokojnie, ale tonem, który nie tolerował
sprzeciwu.
- To chore!
- Nadal nie słyszałam odpowiedzi.
- Lecz się. – puknął się w czoło.
- Chciałam zauważyć, że się leczę, jednak u niezwykle kiepskiego lekarza. I nie
z własnej woli. Do zobaczenia. – warknęłam na odchodne. Miałam tę przewagę, że
on się mnie bał. Tyle, że ja nie umiałabym tknąć tego człowieka. Miał w sobie
coś, czego wolałam nie ruszać.
Usiadłam na ogrodzeniu i zaczęłam
machać nogami kopiąc od czasu do czasu jedną z rurek rzeczonego ogrodzenia.
Zauważyłam jak Mój Szacowny Pan Psychiatra biegnie do samochodu omal nie
spotykając się z asfaltem. Nie zaszczycił
mnie nawet spojrzeniem. Uśmiechnęłam się pod nosem. Czy on naprawdę nie wie, że
gdy przebiegnie, to nie staje się niezauważalnym, a wręcz przeciwnie? Wtedy
inni idioci gapią się i pytają, który idiota się tak zachowuje, ewentualnie kręcą
nosem wzdychając „Pali się?”. Wsiadł… No dobrze, dosłownie wrzucił… się do samochodu.
Szkoda, że i tak nietrudno było domyślić się, że celem jego niekrótkiej,
aczkolwiek niezwykle szaleńczej podróży jest niezbyt czysta dzielnica. Nie
cieszy się ona dobrą opinią ze względu na to, że mniej więcej na każdym rogu
znajdują się kluby wszelkiej maści. Warto zauważyć, że Carl gustował raczej w
klubach dla gości o orientacji homoseksualnej. Nie mówił o tym wprost, ale
czego to się w człowieku nie wyczuje… Poczułam się jak hipokrytka, gdy dotarło
do mnie w jaki sposób zaczęłam myśleć o tamtej dzielnicy. W zasadzie to opinia
naszej także nie była zbyt dobra… Słynęła z tajemniczych i „niezwykle
profesjonalnie przeprowadzonych” aktów bestialstwa na bezdomnych. Och, bo się
zarumienię. Plus oczywiście wykwalifikowanego sztabu śledczego. Moim zdaniem
byli albo przygłupi z umiejętnościami śledczymi równymi terierowi, którego słodziutka
pancia poprosiła o przyniesienie zabawki spod telewizora, albo faktycznie
nikogo nie interesował problem ginących z dnia na dzień pijaczków, jakichś
bezdomnych kobiet… Fakt, że na drugi dzień ludzie wpadali na worek mięsa w
środku lasu, ale nic nie mogłam na to poradzić.
Nie
wszystkiemu można zaradzić.
Nie wszystkiemu trzeba zaradzić.
Dalsze obserwacje otoczenia z
perspektywy barierki nie miały sensu. Leniwie osunęłam się stawiając stopy na
twardej płycie chodnikowej. Przypadkowo zauważyłam, że za paznokciami mam
jeszcze trochę zaschniętej krwi. Przydałby się mały zabieg u kosmetyczki, ale
co jej powiem? „Witam, chciałabym poprosić o pełny manicure… Skąd ta krew? A
wie pani, zawsze tak jest jak się z kimś bawię…”. Zaśmiałam się pod nosem. Na
taki komunikat kosmetyczka pewnie także zaczęłaby się śmiać… Pomyślałaby, że
mam wyjątkowo mroczne poczucie humoru i traktowała z rezerwą. I niczego by się
nie domyśliła. Ostatnio czułam się wyjątkowo rozbawiona, gdy śledczy siedząc w
moim domu, popijając herbatkę wypytywał mnie o to, czy nie znam więcej
szczegółów odnośnie ostatniej zbrodni. Wybornie się bawiłam wciskając mu te
wszystkie kłamstwa. Kłamstwa właściwie z dobrego serca. Będąc przy „zdrowych”
zmysłach pewnie zszedłby na zawał. Warto wspomnieć, że i tak przed podaniem
herbaty zastanawiałam się czy mu ją posłodzić, czy osłodzić sobie ten wieczór
patrząc na przesympatyczną śmierć detektywa spowodowaną niewielką szczyptą
cyjanku. Zrezygnowałam jednak, bo mogło to przykuć uwagę. A tego byśmy nie
chcieli.
Weszłam do niewielkiego lasku
znajdującego się przed moim domem. Liście wesoło połyskiwały w słońcu kołysane
finezyjnymi wręcz powiewami lipcowego powietrza. Jasna kora brzóz ładnie
komponowała się ze szmaragdową zielenią mchów. Było ciepło i przyjemnie. Dla
żywych.
Bowiem martwym temperatura nie
służyła.
Mięso psuje się szybko.
Po przybyciu do domu rzuciłam się na
łóżko. Brakowało mi jej dźwięków, tego rozkosznego charczenia. Chizuru była
chyba ze mną najdłużej. Jednak niewiele odróżniało ją od świątecznego karpia.
Przecież do nich ludzie też się przyzwyczajają, a mimo to odcinają im później
głowy, czyż nie? Niczego nie żałowałam. Jednak poczułam, że czas zapolować…
Rozmyślania przerwał mi dźwięk komórki
błagającej o odebranie. Nieznany numer.
- Witam, panno Hilton. – rozległo się w słuchawce. Czyżbym o czymś nie
wiedziała?
- Milton – sprostowałam. – Dzień dobry, mogę w czymś pomóc?
- W tej sprawię dzwonię. Andrew Worrs, wydział śledczy – Ach, jeden z półmózgów…
- Czujemy, że pani może nam pomóc. Jeśli pani pozwoli, to w przeciągu kilku
minut zjawię się w pani domu. – powiedział nie spuszczając z oficjalnego tonu.
- Zapraszam, wolę wiedzieć o co chodzi. – odpowiedziałam rozłączając się.
Ogarnęłam trochę w domu i zamalowałam pozostałości posoki na paznokciach
czarnym lakierem. Faktycznie, chwilę później na zewnątrz rozległ się donośny
dźwięk. Worrs… Brzmi znajomo… Czyżby to ten, którego miałam ochotę poczęstować
przysmakiem z gatunku… Powiedzmy, że jednorazowego użytku…
Uprzedzając pukanie otworzyłam drzwi
wpuszczając go do środka. Zaprosiłam mężczyznę grzecznie do środka rozpoznając
półgłówka, który żył tylko dzięki mojej litości. Przywitał się kulturalnie, a
ja zaprowadziłam go do jadalnianego stołu. Usiedliśmy.
- A więc?
- A więc sytuacja wygląda… Niecodziennie. Słyszeliśmy, że niegdyś korzystała
pani z pomocy psychologa. Powiedział nam on, że ma pani niezwykłą intuicję,
jeśli chodzi o ludzkie postępowanie. Nie zechciałaby pani uczestniczyć w
przesłuchiwaniu… Hmm, świadków, jeżeli można ich tak nazwać? Oczywiście w
sprawie ostatnich zaginięć. – powiedział z miną, która zdradzała to, że
usiłował mnie zachęcić. Mam stwierdzać czy ktoś kłamie, czy nie? W sprawie zaginięć,
za które odpowiadałam? Myślałam, że są mądrzejsi. Poza tym… Myślę, że mnie i
Carla czeka dosyć brutalna rozmowa polegająca na niezbyt delikatnym wygarnięciu mu, gdzie jest jego miejsce i że w moje sprawy nie powinien ingerować.
Z drugiej strony - przynajmniej będzie zabawnie.
- Niech się pani nie dziwi, że panią prosimy. Ma pani chyba najczystsze karty w
całej okolicy, w dodatku rzekome zdolności… - i największą umiejętność
trzymania języka za zębami. Biedny człowiek…
- Przemyślę sprawę i zadzwonię do pana
wkrótce. Póki co, mam umówione spotkanie. Dziękuję.
- Do widzenia, również dziękuję. – skłonił się, wyszedł i odjechał. Szkoda, że
nie został na herbacie.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Wybrałam
numer Carla. Kilka irytujących sygnałów i już słyszałam to idiotyczne…
- Halo?
- Kiepskie poczucie humoru. – powiedziałam sarkastycznie.
- O co ci chodzi? – odpowiedział nieco zbity z tropu.
- Już do mnie przylecieli. Po cholerę im opowiadałeś?
- Komu?
- Nie udawaj.
- Nie mógłbym, skoro nie wiem o co chodzi. – z jego tonu podczas dalszej
rozmowy wywnioskowałam, że faktycznie nie wie nic o żadnych innych wydarzeniach
związanych pośrednio, czy bezpośrednio ze mną z ostatnich kilku dni niż te o
których udało nam się porozmawiać.
A więc kto wiedział cokolwiek o mnie?
Dowiem się. Wtedy istnieją jednak tylko dwie opcje. Tak, były to kłamstwa. Ale
całkiem umiejętne, nie mające prawa bytu bez minimalnej wiedzy o kimś. Zresztą
kto wcisnąłby kit o tajemniczych zdolnościach policjantowi? Nie próbowaliby. To
wszystko było podejrzane…
Chwilę później „wkrótce” nadeszło.
- Wchodzę w to – powiedziałam do
słuchawki, ku uciesze Worrsa.
sobota, 10 stycznia 2015
Oddaj mi cząstkę siebie... (I)
Zagubiony w mroku jasności
Zabijany życiem
Płomienny chłód
Widok to tylko złudzenie
Przecież chowamy to co cenne
Zabijany życiem
Płomienny chłód
Widok to tylko złudzenie
Przecież chowamy to co cenne
Często ginie w ukryciu...
- Niedługo przyjdę – obiecałam mojej kreaturce. Jak powiedziałam, tak też zrobiłam. Jako, że reakcją na obietnicę był przecudownie stłumiony kneblem jęk, postanowiłam, że chcę usłyszeć go jeszcze raz.
- Chizuru, skarbie... – szepnęłam chwytając stworzonko za podbródek. - Karmienie po zabawie, pamiętaj. - dodałam składając delikatny pocałunek na czole czegoś, co kiedyś było człowiekiem. Znudziła mi się, czas ją wymienić. Jej dźwięki znałam już na pamięć. Wstałam i podeszłam do komody po klucze od kajdanek. Uwolniłam dziewczynę. Powinna się wybiegać, jednak nie była chętna. Cóż... Westchnęłam. Kilka książek spadło na podłogę, po tym jak Chizuru szarpnęła łańcuchem.
- Nie rób bałaganu, kochanie. Wiesz, że pani lubi porządek.
Podeszłam do niej. Na szarpnięcie za włosy zareagowała wysokim wrzaskiem. Jak zwykle... Nuda. Kopnęłam ją w żebra. Usłyszałam piękny trzask łamanej kości. Rozbudziłam się. Pędem podbiegłam do szafki w poszukiwaniu skalpela. Gdy znalazłam narzędzie, powróciłam do mojego potworka.
- Wybacz, skarbeńku, naprawię to. – bąknęłam. Uderzeniem w głowę powaliłam ją na ziemie. Była już taka słaba...
Metal wędrował po jej skórze rozcinając rytmicznie unoszącą się klatkę piersiową. Zdławione jęki wydobywały się z tej ślicznej buźki. Zdecydowanym ruchem rozcięłam knebel.
- Głośniej, misiu, krzycz, póki możesz... – podniosłam się rzucając tęskne spojrzenie krwi rozpływającej się z ciętych ran na bezwładnym ciele Chizuru. Podchodząc do radia trąciłam je delikatnie. To wystarczyło, by po pokoju rozeszły się delikatne dźwięki gitary. Pięknie komponowały się z wrzaskami mojej zabaweczki.
„Hello, my dear...
Kill me gently...”
Wróciłam do niej. Posłała mi nienawistne spojrzenie.
- Zrób to szybko, po cholerę się pieprzyć! Zabij mnie! No już! – wrzeszczała. O, jakaż niecierpliwa dusza! Jeszcze przez chwilę delektowałam się widokiem ciemnoczerwonej krwi sączącej się z nacięć na jej delikatnej skórze. Chwyciłam skalpel ponownie w moje blade dłonie. Kolejne nacięcia przyozdobiły jej ciało dodając uroku i bez tego pięknej dziewczynie. Usiłowała chyba powiedzieć, jak mnie nienawidzi. Czy to nie słodkie?
„Die for me...”
Och, tak. Gdy uznałam, że już wystarczy powierzchownych ozdób, odrzuciłam metalowe narzędzie za plecy. Z szuflady w komodzie, do której przymocowałam łańcuch wyjęłam skrzynkę. Chrzęst zamka tej kłódki to jeden z moich ulubionych dźwięków. Dziewczyna zemdlała.
Szybko podałam jej sól trzeźwiącą.
- Nie strasz mnie. Martwiłam się. – posłałam jej czuły uśmiech.
- Przechodzimy do masażu - zakomunikowałam. Nie byłoby dobrze, gdyby go przegapiła. Nie czekając na pozwolenie, zatopiłam dłonie w jamie brzusznej dziewczyny. Odpowiedział mi zdławiony ryk. Po jej twarzy spływały słone strugi zmieszane z krwią. Wyjęłam z dziewczyny jedną dłoń i zebrałam nieco ulubionej mieszanki skapującej z jej rzęs.
- Cśii – uciszyłam ją czule, oblizując palec. Smak słonawo-metalicznej cieczy rozszedł się po moich ustach pieszcząc delikatnie kubki smakowe. Umotywowana, ponownie zagłębiłam dłonie w jej wnętrzu. Naciskałam na mięśnie, których włókna prawie rozstępowały się pod moimi szczupłymi palcami. Masowałam te pulsujące ścięgna naciskając na nie delikatnie. Och tak, to było to. Następna piosenka rozpoczęła się na dobre.
„In the maze without an end...”
Tak, cierpienie jest labiryntem. Ale masaż działał kojąco. Dziewczę zmrużyło oczy, niby to mdlejąc, niby pozostając świadomą.
„Why do you still breathe...”
- Chi, dlaczego wciąż oddychasz? – zapytałam, nie oczekując odpowiedzi. Było nią ciche westchnienie. A raczej sapnięcie. Lekkie nacięcie krtani robiło swoje. Była wytrwała, bez wątpienia. Otworzyłam wieko skrzynki, by wyciągnąć z niej ulubiony sztylet. Był tam, gdzie zwykle.
- Moje maleństwo... – szepnęłam.
Po chwili ostrze zagłębiło się w tkance mięśniowej Chizuru. Udało mi się dotrzeć dłonią pod żebra i wykonać ratujący życie masaż serca. Nie zadziałał. Po raz kolejny. Właściwie, to nigdy nie działał.
- Ups... Wybacz, pomyłka. – zachichotałam. Nie usłyszała
Każdy przecież w końcu odejdzie, na każdego przyjdzie czas. Po co więc przedłużać tę agonię, jaką jest życie? Obserwując szkarłatną ciecz, która przyozdabiała moją skórę odczuwałam ekscytację. Jedni zbierają motyle, drudzy serca i nikogo nie powinno to dziwić. Każdy z nas odchodzi w cierpieniu, długą, powolną śmiercią. Życie jest jedyną rzeczą, która nas zabija.
Otworzyłam klapę w podłodze wciągając do niej ciało. Spadło na dół, o czym świadczyło głuche łupnięcie. Po drabinie osunęłam się na dół. Teraz należało zająć się tym i owym… Za włosy pociągnęłam trupa na stół. Uderzył mnie zapach zgnilizny. Czyżbym zapomniała posprzątać po ostatnim razie? Kopnęłam lampę, która w efekcie eksplodowała zimnym światłem na ponacinane zwłoki. Aparatura stomatologiczna i chirurgiczna wręcz uśmiechała się do mnie promieniami odbitego światła lampy. Sięgnęłam po małe wiertło. Chciałam się jeszcze pobawić, jednak przypomniałam sobie, że należałoby przygotować słoiki. Och, jakaż ja roztrzepana…
Przywiozłam cały wózek tego szklanego cholerstwa. W tym czasie przeszła mi zupełnie ochota na zabawę. Odrzuciłam na bok wiertło dentystyczne, które z głośnym hukiem pociągnęło za sobą resztę urządzeń. Słoiki były poustawiane w kolejności co do wielkości. Chwyciłam jakiś nożyk i zabrałam się za rozcinanie powieki dziewczyny. Należało uważać, by nie uszkodzić jakże delikatnej powierzchni oka. Szkoda by było takich ładnych, błękitnych tęczówek. Takich jeszcze nie posiadam w swojej kolekcji. Ostrze narzędzia znaczyło krwawy jeszcze ślad za sobą. Nie mogłam pozwolić, by wszystko trwało zbyt długo. Krew spłynęłaby na tył ciała i do niczego by się już nie nadawała. Jednym ruchem ręki zerwałam górną powiekę odsłaniając tęczówkę. Zalaną nieco krwią, ale formalina spłucze ślad. Łyżeczką wydłubałam delikatnie narząd z oczodołu, by go nie uszkodzić. Po chwili wylądował w słoiku. Nerw wzrokowy przerwał się niezwykle łatwo. To samo czekało drugą powiekę. Kilka minut później oboje oczu spotkało się w swojej szklanej komnacie. Nie było w nich już tej pogardy. Nie mogło być. Zabawne, nieprawdaż?
Zanim przystąpiłam do dalszych czynności, zalałam wszystkie słoiki formaliną. Nic nie mogło się przecież zmarnować. Następne w kolejności było serce. Zanurzyłam dłoń w ciele. Złamane żebro zadrapało lekko wnętrze mojej dłoni. Kropla mojej krwi skapnęła wprost na czterodziałową pompę dawnej Chizuru. Uśmiechnęłam się pod nosem i przystąpiłam do rozcinania tętnic, by organ w końcu mógł należeć do mnie. Piękny dźwięk pękającej warstwy mięśni gładkich rozległ się wokół pieszcząc moje zmysły. Całe ciało było takie młode… Cud, doprawdy. Dawno nie było na moim stole przyjaciela w jej wieku.
W końcu serce było wolne. Znalazło swój nowy domek w jednym ze słoików.
Pieszczotliwie pogłaskałam wątrobę Chizuru. Była wciąż delikatnie ciepła. I taka przyjemna w dotyku… Odcięłam woreczek żółciowy i resztę niepotrzebnych rzeczy wyjmując krwisty kawał mięsa i przykładając go do swojej twarzy. Zaciągnęłam się lekko żelazną wonią. Po chwili mój język zetknął się z elementem układu pokarmowego dziewczyny. Cudowny, metaliczny posmak rozlewał się w moich ustach dając im nieopisaną rozkosz. Powracając do rzeczywistości wrzuciłam wątrobę do kolejnego słoika. Zanurkowała w formalinie, by pozostać tam na długo. Otarłam z twarzy krew i kontynuowałam zadanie. Swoje miejsca w słoikach zyskało większość moich ulubionych narządów jak grasica, nerki, płuca, czy trzustka. Zakręciłam słoiki i odstawiłam je na wózek. Dalsza część drogi jeszcze przed nimi… Powróciłam do mojej ofiary. A może raczej przyjaciółki? Och tak, byłyśmy niesamowicie sobie bliskie. Ta więź między mordercą a ofiarą. Ale przecież ja nie byłam mordercą! Ja byłam tylko... zbawcą. Nagle zawrzała we mnie chęć wypróbowania czegoś nowego. Pędem wręcz dopadłam ssawki do śliny w aparaturze dentystycznym i wsunęłam ją w tętnicę. Uruchomiwszy urządzenie, moje uszy dobiegł przyjemny dźwięk zasysania krwi. Naczynie pomału zapełniało się. Cieszył mnie ten widok. Skierowałam się w stronę szafki i rozpoczęłam nerwowe poszukiwania tarki do warzyw, a od teraz – tarki do skóry. Młode ciało Chizuru zachęcało mnie do eksperymentów, na które niestety nie wpadłam za życia dziewczyny. Po znalezieniu przedmiotu powróciłam do stołu. Przyłożyłam go do jednej z nóg Chizuru, które były jeszcze w stanie nienaruszonym. Docisnęłam i przesunęłam tarkę po kończynie, zdzierając pierwszą warstwę naskórka. Perfekcyjnie ostra… Za każdym ruchem odchodziła kolejna i kolejna warstwa skóry, potem mięśnia i tak do kości. Moje buty przyozdobiła krwawa papka. Opłaciły się modyfikacje tego jakże trywialnie zbudowanego urządzenia.
Odetchnęłam, przypatrując się mojemu dziełu. Piękno było tu zbędne.
Ciało należy poćwiartować, by zmieściło się w worku.
Oddzieliłam kończyny od reszty, później głowę. Ta zostaje. Wrzuciłam ją do większego słoika, by lepiej wyeksponować jej piękno. Reszta ciała została wrzucona do worka, by później znaleźć swoje miejsce na cmentarzyku za domem. Takie urocze miejsce. Kwiaty tak pięknie tam rosły… Rzuciłam workiem o ścianę. Pociągnęłam wózek ze słoikami do magazynu obok. Chroniły go nie byle jakie, żelazne drzwi. Otworzyłam je na oścież i zaczęłam wnosić eksponaty na poszczególne półki.
Oczy były poukładane kolorystycznie, wszystkie inne organy wielkościowo. Chizuru była mizerną istotką... Cóż, nie wyróżniała się. Ale czy w tym szarym świecie ktokolwiek się wyróżnia?
niedziela, 4 stycznia 2015
Pierwsza litera alfabetu
Witam ciepło! Chociaż... Można by pokusić się o stwierdzenie "witam chłodno" ze względu na panującą aurę...
W grupie zawsze znajdzie się dziwna jednostka. Z dziwnymi fascynacjami, odmieniec. Zwykle kończy się to naznaczeniem przez społeczeństwo. A wtedy odmieniec pragnie jednego.
W świecie pokrwawionych wspomnień nie ma miejsca na herezję
Dziecko ciemnej godziny
wychodzi na powierzchnię
udręczone ciemnością wymuszonej izolacji
łechtane wonią krwi
Pierwszą historią na tym blogu będzie opowieść o odmieńcu.
Odmieniec od zawsze się mścił.
Ale na szczegóły przyjdzie czas. Zapraszam!
W grupie zawsze znajdzie się dziwna jednostka. Z dziwnymi fascynacjami, odmieniec. Zwykle kończy się to naznaczeniem przez społeczeństwo. A wtedy odmieniec pragnie jednego.
W świecie pokrwawionych wspomnień nie ma miejsca na herezję
Dziecko ciemnej godziny
wychodzi na powierzchnię
udręczone ciemnością wymuszonej izolacji
łechtane wonią krwi
Pierwszą historią na tym blogu będzie opowieść o odmieńcu.
Odmieniec od zawsze się mścił.
Ale na szczegóły przyjdzie czas. Zapraszam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)